8/14/2013

Piękne paznokcie od zaraz

Jakiś czas temu regularnie fundowałam moim paznokciom kąpiele w ciepłej oliwie z oliwek z dodatkiem soku z cytryny. Dzięki temu stały się zdrowe i mocne, a o rozdwajaniu czy łamaniu mogłam zapomnieć. Niestety popełniłam podstawowy błąd. Kiedy stan moich paznokci już mnie zadowalał, przestałam skupiać się na regeneracji i porządnej pielęgnacji. Skutek mógł być tylko jeden - płytka stała się słaba, znów się rozdwajała, a lakier nie trzymał się na niej tak dobrze, jak jeszcze niedawno. Z pomocą przyszła odżywka do kruchych o łamliwych paznokci Therapy nail marki Venita z olejem z pestek moreli, keratyną, witaminą E oraz filtrem UV.


                                                   Cena                                                  

ok.7zł

                                               Pojemność                                             

10ml

                                                  Skład                                                  

Ethyl Acetate, Butyl Acetate, Alcohol Denat., Nitrocdellulose, Adipic Acid / Neopentyl Glycol / Trimellitic Anhydride Copolymer, Isopropyl Alcohol, Trimethyl Pentanyl Diisobutyrate, Etocylene, Calcium Pantothenate, Prunus Armeniaca Apricot Kernel Oil, Hydrolyzed Keratin, Tocopheryl Acetate, HC Violet No.2.

                                           Od producenta                                           

Na stronie internetowej zamieszczona jest jedynie informacja na temat całej gamy odżywek Therapy nail.

PIELĘGNACJA I REGENERACJA
Piękne, zadbane paznokcie powinny być wizytówką każdej kobiety. Codziennie wykonywane czynności narażają płytkę paznokcia na mechaniczne i chemiczne uszkodzenia. Dlatego też stworzyliśmy Therapy nail - zestaw odżywek do skutecznej pielęgnacji i regeneracji paznokci.
SKUTECZNA TERAPIA
Seria składa się z emulsji szybkoschnącej oraz 5 odżywek do paznokci: kruchych i łamliwych, zbyt miękkich i matowych, słabych z nierówną powierzchnią, rozdwajających się oraz wolno rosnących.
Produkt doceniony przez konsumentów i odznaczony nagrodą „SUPERPRODUKT 2008”

źródło: venita.com.pl



                                             Moja opinia                                            

Odżywkę otrzymujemy w szklanej buteleczce wyposażonej w szeroki pędzelek. Wystarczą trzy pociągnięcia, aby pokryć cały paznokieć.
Konsystencja moim zdaniem jest odpowiednia, nie wodnista, niezbyt gęsta. Z czasem niestety gęstnieje, jednak nie na tyle, aby ciężko było rozprowadzać ją na paznokciach. Top coat tej firmy stawał się "glutowaty" do tego stopnia, że nie dało się go nakładać. W przypadku tej odżywki sytuacja taka nie ma miejsca, produkt do ostatniej kropli nadaje się do użytku.
Szybko wysycha. Świetnie nadaje się jako baza pod lakier kolorowy - wygładza powierzchnię płytki, nie powoduje szybszego odpryskiwania, zapobiega odbarwianiu. Utwardza paznokcie. Wspomaga ich regenerację. Po ok. 2-3 tygodniach stosowania tej odżywki stają się mocne, nie rozdwajają się, nie łamią. Wyglądają zdrowo. Poza tym rosną jak szalone.




                                        Podsumowanie                                    

Uważam, że to naprawdę godzien uwagi produkt w bardzo korzystnej cenie. Mam zamiar przetestować jeszcze inne odżywki z tej serii. Jestem zadowolona z efektów, jakie otrzymałam dzięki tej. Oby pozostałe okazały się równie dobre.

Pozdrawiam, klamarta.

8/12/2013

W poszukiwaniu ideału

Brązer, czyli kosmetyk, którym konturuję twarz, bądź "opalam ją" stał się od pewnego czasu nieodłącznym elementem mojego makijażu. Wciąż wzdycham i marzę o Hoola Benefitu, jednak na razie pozostaje on w strefie "chciałabym...". Sięgam zatem po kosmetyki z rozsądniejszej półki cenowej, poszukując odpowiedniego odcienia oraz właściwości. Jakiś czas temu zainteresował mnie puder brązujący Lovely, numer 03, któremu dziś poświęcę parę słów.



                                             Cena                                             

ok. 10zł

                                          Pojemność                                       

10g

                                           Dostępność                                      

Rossmann

                                        Od producenta                                     

Hypoalergiczny puder dla osób z wrażliwą cerą i problemami skórnymi. Zawiera wyciąg z nagietka zapewniający doskonałą pielęgnację i ochronę dla skóry. Nadaje skórze zdrowy i świeży wygląd na wiele godzin.

                                        Moja opinia                                        

Puder ten dostępny jest w 4 odcieniach. Pierwsze dwa są w miarę jasne, 01 ma delikatne drobinki, więc może być stosowany jako rozświetlacz, natomiast 02 jest matowy, będzie odpowiedni na całą twarz. 04 to już typowy brązer, z drobinkami. Ten, który posiadam, z numerem 03 jest matowy, w odcieniu także typowym dla brązera. Spotkałam opinie, że jest to dobry odpowiednik Ziemi egipskiej. Ja nigdy tego kosmetyku nie widziałam na żywo, jednak patrząc na swatche mogę się z tym zgodzić. Odcień Golden glow 03 określiłabym jako neutralny, nie pomarańczowy, ale także nie typowo brązowy. Będzie pasował zarówno osobom o karnacji zimnej, jak i ciepłej.





Opakowanie - tutaj nastąpiła mała zmiana. Na wielu blogach można napotkać zdjęcia tego kosmetyku w brązowym opakowaniu ze złotym motywem i niewielkim napisem. Aktualne opakowanie, które prezentowane jest również na stronie internetowej marki Lovely to plastikowa puderniczka z dolną częścią w kolorze czarnym oraz przezroczystą pokrywką. Jest trwałe, nie łamie się, nie pęka, puderniczka nie otwiera się sama.
Zapach tego produktu jest mocny, bardzo pudrowy. Nie jest najgorszy, jednak nie przypadł mi do gustu.
Puder jest dobrze zmielony, aksamitny, łatwo nabiera się na pędzel oraz aplikuje na twarz. Nie pyli. Pigmentację określiłabym jako średnią. Raczej nie zrobimy sobie nim krzywdy. Daje ładny, delikatny efekt, który można stopniować. Będzie idealny dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z makijażem, bądź nie używających wcześniej brązera.

W miarę długo utrzymuje się na skórze, ale może znikać po pewnym czasie. Z całą pewnością nie wytrzyma całego dnia. Nie schodzi jednak w sposób nieestetyczny, nie tworzy plam czy placków w miejscach aplikacji.
Nie uczulił mojej skóry. Nie do końca rozumiem co mam rozumieć przez pielęgnację dzięki wyciągowi z nagietka - przecież brązer to nie krem, a kosmetyk zaliczany do tzw. kolorówki. W każdym razie ja nie oczekuję od niego pielęgnowania mojej skóry, a odpowiedniego konturowania.
Poza tym ciężko znaleźć skład tego kosmetyku, nie ma go ani na Wizażu, ani na stronie marki. Pozostaje więc pytanie, czy ów wyciąg rzeczywiście został zawarty. Wierzmy Lovely na słowo.

Na zdjęciu pierwszym brązer solo, na drugim z różem Bell 2skin pocket


                                        Podsumowanie                                    

Dobry brązer w bardzo korzystnej cenie. Można by oczekiwać lepszej pigmentacji, czy lepszej trwałości. Jednak nie oszukujmy się - za taką cenę nie ma co wymagać cudów, a i tak marka Lovely pozytywnie mnie tym kosmetykiem zaskoczyła.

Używałyście tego brązera? Jacy są Wasi ulubieńcy w tej kategorii?

Pozdrawiam, klamarta.

8/11/2013

30 dni z Mel B + boczki Tiffany - TYDZIEŃ DRUGI

Naprawdę już drugi tydzień wyzwania za mną? Jak ten czas szybko leci. Mam wrażenie, że dopiero wczoraj pisałam relację z pierwszego tygodnia ćwiczeń, a tu już minęło kolejne 6 dni. Za szybko, stanowczo za szybko mijają te wakacje!




Po niedzielnej przerwie poniedziałkowy trening okazał się niemałą trudnością. Jeden dzień, a moje mięśnie już mocno się rozleniwiły. Zacisnęłam jednak zęby i ostro ćwiczyłam. W nagrodę udałam się z przyjaciółką nad wodę, ale żeby nie było tak łatwo i przyjemnie - rowerem. Około pół godziny w jedną i nieco więcej w drugą stronę, razem - ponad godzina jazdy w 60% pod górkę.

Wtorkowy trening przyniósł niespodziewany ból mięśni pośladków w czasie ćwiczeń. Do tej pory sądziłam, że to 10 - minutowy trening nóg oraz boczki są najcięższą partią. Zmęczenie i to specyficzne uczucie podczas ćwiczeń (coś pomiędzy bólem, ściągnięciem i rozgrzaniem - mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli)  uświadomiły mi, że chyba nie doceniłam tej części treningu z Mel.

W środę, dla odmiany postanowiłam zrobić ćwiczenia ABS zamiast planowego 10 - minutowego treningu brzucha. Raz na jakiś czas przyda się odmiana, zarówno dla umysłu jak i mięśni. Nadal nie jestem w stanie stwierdzić, który zestaw ćwiczeń jest cięższy. W ABS większość ćwiczeń jest wykonywana w pozycji półleżącej, z przewagą typowych 'brzuszków' w różnych odsłonach, natomiast w 10 - minutowym treningu ćwiczenia w pozycji półleżącej przeplatane są z tymi w pozycji półsiedzącej np. z prostowaniem i zginaniem nóg czy przekładaniem butelki między uniesionymi nogami.

W piątek i sobotę musiałam poradzić sobie bez Mel oraz Tiffany. Nie miałam dostępu do komputera, a co za tym idzie, do wideo z ćwiczeniami. Na szczęście pamiętam już większość ćwiczeń, gorzej jedynie z ich kolejnością. Ustawiłam zatem minutnik i pracowałam sama. Muszę napisać, że to jednak nie jest to. Z Mel i Tiff trening przebiega jakby szybciej i przyjemniej. Nie pozostało mi jednak nic innego, jak tylko załączyć muzykę i brać się do roboty. Wspomnę tutaj, że świetnie ćwiczyło mi się przy utworach z Eska Live Remix - polecam wszystkim ćwiczącym!

Co zaobserwowałam w tym tygodniu? W czasie ćwiczeń mięśnie pracują jakby ciężej, mocniej odczuwam ich napięcie. Po treningu są twarde jak głazy. Coraz lepiej wygląda mój brzuch. Powoli znika tłuszczyk z dolnych partii, z czego jestem bardzo zadowolona.


Poza tym ćwiczenie w pomieszczeniu, gdzie panuje ok.30°C to istna męka. Każdy trening kończyłam niemiłosiernie mokra i zdyszana. Ale jestem dumna - mimo ukropu i zmęczenia nie pękłam i każdego wieczora, bo zazwyczaj dopiero wtedy da się jako tako egzystować oraz ćwiczyć, brałam się do roboty. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będzie nieco chłodniej, bo mój zapał do treningu w takim skwarze może nie być na tyle silny. :)

A jak Wam idą ćwiczenia?

Pozdrawiam, klamarta.

8/10/2013

"Każdemu jest coś przeznaczone...

...nie każdy chce to odkryć. Na szczęście ja chciałem." 

Jak łatwo zauważyć patrząc na poprzednie notki, w których przedstawiałam filmy moim zdaniem godne obejrzenia, jestem fanką historii miłosnych. Uwielbiam tego typu filmy i nie ukrywam, że najczęściej sięgam właśnie po nie. Co zabawne, drugie pod względem częstotliwości oglądania są u mnie horrory. Taki już mój gust i upodobania.
Przeglądając listę najpopularniejszych/najlepszych filmów romantycznych ostatnich lat natknęłam się na produkcję z udziałem Zaca Efrona, który do tej pory kojarzył mi się głównie z rolą Troya Boltona w High School Musical. Nie była przekonana, czy zdołam wymazać z głowy obraz śpiewającego i wywijającego koszykarza, gwiazdy drużyny oraz szkoły i zobaczyć go w innej postaci. Jednak fakt, że ów film został stworzony na podstawie książki jednego z moich ulubionych pisarzy, a poprzedni wzorowany również na podstawie jego powieści niezwykle przypadł mi do gustu, postanowiłam, że spróbuję. Po seansie już wiem, że była to bardzo dobra decyzja - "Szczęściarz" to film, który dziś chciałabym Wam polecić.

źródło:filmweb.pl

Film ów powstał w 2012r. na podstawie powieści Nicholasa Sparksa pod tym samym tytułem. Reżyserią zajął się Scott Hicks. Poza Efronem w głównych rolach zobaczyć można także Taylor Schilling jako Beth Clayton oraz Blythe Danner czy Rileya Thomasa Stewarta. Alar Kivilo - autor zdjęć, o nim również warto wspomnieć. Dlaczego? O tym za moment.


"Szczęściarz" to historia powracającego z wojny w Iraku żołnierza marines,
sierżanta Logana Thibaulta oraz Beth - kobiety z przypadkowo znalezionego zdjęcia , które, jak się okazuje, staje się talizmanem Logana. Postanawia on za wszelką cenę odnaleźć tajemniczą kobietę z fotografii i podziękować jej za pomoc w przetrwaniu koszmaru wojny. Udaje mu się - przyjeżdża do jej domu, rozpoczyna pracę w hotelu dla zwierząt, który prowadzi. Z dnia na dzień stają się sobie coraz bardziej bliscy. Mężczyzna odnajduje także nić porozumienia z Benem, synem kobiety oraz zyskuje sympatię jej babki. Zupełnie inny stosunek ma do niego były mąż Beth, policjant z dość specyficznym sposobem bycia. Jak się okazuje brat kobiety zginął w Iraku, jednak okoliczności jego śmierci nadal pozostają niewyjaśnione. Zdjęcie znalezione w gruzach zyskuje zupełnie nowe znaczenie.


Film ten opowiada o tym, jak szacunek i oddanie mogą zmienić człowieka i jego dotychczasowe życie, a przypadkowo znalezione zdjęcie nadaje wydarzeniom zupełnie inny bieg i sens. Logan - opanowany, wycofany, odmieniony trudem wojny odnajduje spokój i szczęście w rodzinie Beth. Rodzinie, która również boryka się z problemami: ojcem Bena, zaborczym i apodyktycznym, skłonnym do przemocy fizycznej i psychicznej oraz po żałobą zmarłym w czasie misji bracie Beth.

Niezwykle ważnym wątkiem jest również walka o istotne sprawy, cele, pragnienia. Dla Logana są nimi pokonanie blokad powstałych w czasie służby oraz powrót do codzienności, odnalezienie siebie. Później dołącza do nich również pragnienie stworzenia czegoś pięknego i prawdziwego z "kobietą ze zdjęcia", która stała się jego aniołem. Beth walczy o swojego syna, o uwolnienie od gnębiącego ją byłego męża. Równie istotna jest dla niej walka ze smutkiem, rozgoryczeniem i bezradnością związaną ze śmiercią jej brata. Mały Ben stara się odnaleźć swoje miejsce wśród kolegów, pokonuje nieśmiałość i decyduje się zagrać publicznie na skrzypcach. Każdy z bohaterów przeżywa wewnętrzne rozterki, by finalnie móc je zwyciężyć.

Wracając do tematu zdjęć, które moim zdaniem są ogromną częścią końcowego sukcesu tego filmu. Wielkie owacje należą się
Alarowi Kivilo. Przepiękne krajobrazy, gra świateł, cudowne zachody słońca, a także sceny walki - to wszystko sprawia, że jeszcze lepiej można poczuć klimat filmu i odnaleźć jego sens. Dawno nie widziałam tak dobrych ujęć w wydawałoby się zwyczajnym filmie romantycznym. Wydawałoby się, bo w rzeczywistości film ten, tak jak "Szkoła uczuć", czy "Bezpieczna przystań" na stałe wpisuje się w kanon najlepszych historii miłosnych.

źródło:filmweb.pl

Pozostaje mi teraz przeczytać "Szczęściarza", zweryfikować historię pisaną z filmową oraz przeżyć ją raz jeszcze.

Pozdrawiam, klamarta.






8/08/2013

Kolejny ulubieniec wśród szamponów do włosów

Jakiś czas temu dostałam parę próbek wtedy jeszcze nowości Nivea, szamponu odbudowującego Long Repair. Zainteresował mnie na tyle, że kupiłam pełnowymiarowe opakowanie, "zdradzając" mojego dotychczasowego ulubieńca *klik*, czyli Garnier Fructis Grapefruit Tonic. Czy owa zmiana wyszła moim włosom na dobre? Zapraszam na dzisiejszą recenzję.


                                    Pojemność                                  

250ml / 400ml

                                         Cena                                      

ok.9zł za mniejszą butelkę / ok.13zł za większą

Bardzo często produkt ten jest dostępny w cenie promocyjnej 8,99zł za 400ml w Carrefour, dlatego warto śledzić gazetki reklamowe tego supermarketu.

                                        Skład                                      



                                 Od producenta                                 


Pielęgnuje i odbudowuje włosy od nasady aż po końcówki dzięki płynnej keratynie i olejkowi babassu.
Produkt przeznaczony do włosów długich, łamliwych, rozdwajających się.

Działanie

NIVEA® long repair szampon pozwoli wydobyć siłę, gładkość i elastyczność Twoich włosów na całej ich długości, od nasady aż po same końce. Pielęgnująca formuła z olejkiem babassu:
  • wzmacnia włosy już od nasady
  • odbudowuje strukturę włosów na całej długości, zapewniając im blask i elastyczność
  • chroni końcówki włosów

    Źródło: www.nivea.pl

                                           Moja opinia                                      
Tak jak już wspomniałam szampon ten od niemal pierwszego użycia przypadł mi do gustu. Także po zużyciu prawie całej zawartości 400ml butelki moje zdanie o nim pozostaje niezmienne - jest świetny! Ma bardzo ładny, delikatny zapach, który, co ważne, pozostaje na włosach jeszcze długo po myciu, nie znika wraz z pianą już w trakcie spłukiwania. Jego konsystencję określiłabym jako kremowo-żelową, nie jest zbyt rzadki, nie przepływa przez palce. Dobrze się pieni, jednak to niestety zasługa SLS obecnych w składzie na wysokiej pozycji. Na szczęście także te dobre dla skóry i włosów składniki widnieją na tej liście dość wysoko.



Moje włosy (wysuszone i osłabione przez traktowanie ich suszarką i prostownicą), umyte tym szamponem są sypkie, miękkie i przyjemne w dotyku. Przepięknie pachną. Są błyszczące i wyglądają zdrowiej. Ich łamliwość jest zdecydowanie ograniczona. Końcówki nie rozdwajają się w zastraszającym tempie, jest ich niewiele. Byłoby kłamstwem stwierdzenie, że wyglądają tak dobrze, jak po użyciu odżywki. Jednak nawet bez niej łatwo się rozczesują, nie plączą. Zachowują świeżość przez 3-4 dni, co przy moich nieco przetłuszczających się przy skórze włosach jest dobrym rezultatem.
Szampon nie podrażnia skóry głowy. Nie wywołuje łupieżu. Jest wydajny - przy częstotliwości mycia włosów 2-3 razy na tydzień duża butelka wystarcza mi na ok. 1,5 miesiąca.



                                        Podsumowanie                                       

Szampon ten będę używać przemiennie z kosmetykiem Garnier Fructis. Cieszę się, że miałam możliwość przetestowania go, nim sięgnęłam po pełnowymiarowe opakowanie. Sądzę, że gdyby nie to sama nie zdecydowałabym się na zakup akurat tego szamponu, ponieważ wcześniej produkty do włosów Nivea nie szczególnie mnie zachwycały. Tym razem zostałam mile zaskoczona. Mam jeszcze ochotę na odżywkę z tej serii, gdyż wiele pozytywnych opinii krąży na jej temat.

Używałyście tego szamponu bądź odżywki Nivea Long Repair?

Pozdrawiam, klamarta.

8/06/2013

O legendzie wśród podkładów

Kto go nie zna, kto o nim nie słyszał? Liczba osób należących do tego grona jest z całą pewnością niewielka. I choć są oczywiście tacy, którzy nie przetestowali go na własnej skórze, to mimo tego jest to jeden z najpopularniejszych podkładów ever. Revlon Colorstay do cery mieszanej i tłustej z SPF6.


                                    Odcień                                    

150 Buff
Po lewej zdjęcie w pomieszczeniu, po prawej na zewnątrz, w świetle słonecznym

                                Pojemność                                   
  
30ml

                                     Cena                                        

W sklepach stacjonarnych typu Rossmann, Douglas itp. to około 70zł. W drogeriach internetowych i na allegro - ok.30-40zł. Ja kupuję w drogerii internetowej cocolita.pl za 29,90zł (cena promocyjna, normalna cena to 35,90zł).

                                        Filtr                                      

SPF6

*Ostatnio Revlon wypuścił "ulepszoną" wersję tego podkładu z SPF20
, dlatego kupienie wersji z niższym filtrem może stanowić mały problem.

                                     Skład                                     

Składnik aktywny : Titanium Dioxide 7,3% Skład: aqua ((water) eau), cyclomethicone, trimethylsiloxysilicate, butylene glycol, boron nitride, dimethicone, alcohol denat., peg/ppg-18/18 dimethicone, nylon-12, tribehenin, isododecane, polyisobutene, sodium chloride, cetyl peg/ppg-10/1 dimethicone, bisabolol, serica ((silk powder) poudre de soie), tocopheryl acetate, malwa sylvestris (mallow) extract, lilium candidum (lily) bulb extract, lactobacillus/eriodictyon californicum ferment extract, cymbidium grandflorum flower extract, serica ((silk) soie), alumina, dimethicone/silesquioxane copolymer, ethylene brassylate, methicone, trisiloxane, sorbitan sesquioleate, tetrasodium edta, methylparaben, propylparaben. Może zawierać: [+/-: mica,( CI 77019), titanium dioxide (CI 77891), iron oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)].

                                          Od producenta                                    

Długotrwały, kryjący beztłuszczowy podkład z lekką formułą, stworzoną specjalnie dla potrzeb tłustej i mieszanej skóry. Kontroluje wydzielania sebum, utrzymując skórę matową przez cały dzień. Nie ściera się w ciągu dnia, a skóra pozostaje nieskazitelna.
Krycie od średniego po całkowite.
Dostępny w 20 odcieniach.

                                Moja opinia                              

Aktualnie mam drugą buteleczkę tego podkładu. Już ten fakt może sugerować jaką mam na jego temat opinię.
Podkład otrzymujemy w szklanej butelce z plastikową nakrętką. Niestety nie jest wyposażony w pompkę. Mój sposób na wydobycie potrzebnej mi ilości kosmetyku - zatykam otwór palcem, przechylam buteleczkę i tym sposobem na palcu mam odpowiednią ilość podkładu. Sam pomysł ze szklaną, przezroczystą butelką z czasem przypadł mi do gustu. Dzięki temu wiem, ile produktu jeszcze pozostało. Początkowo martwiłam się, że stłukę opakowanie, ale przeżyło ono już parę stłuczek, upadków i podróży w nienaruszonym stanie.
Odcień dobierałam "w ciemno", sugerując się zdjęciami zamieszonymi na innych blogach. 150 Buff to jasny odcień, idealny dla osób z jasną karnacją, z zauważaną przewagą żółtych tonów. Rzadko zdarza się, abym znalazła tak ładny kolor podkładu. Dodatkowo dopasowuje się on do naturalnego odcienia skóry, wtapia się w nią.



Podkład ma specyficzny zapach, przypominający farbę. Z całą pewnością chemiczny. Nie jest on moim zdaniem jednak tragiczny i nie przeszkadza mi w używaniu podkładu. W sieci mnóstwo jest opinii, że jest on mocno alkoholowy, drażniący. Z tym się nie zgodzę. Uważam nawet, że z czasem przestaje być wyczuwalny.
Konsystencja  jest według mnie odpowiednia - niezbyt rzadka, kremowa. Podkład łatwo rozprowadza się na skórze (ja robię to palcami, nie używałam nigdy pędzli ani gąbek). Kolejny fakt, z którym się nie zgodzę to ekspresowe zasychanie. Kosmetyk ten owszem, z czasem zastyga i wtedy ciężko już z nim cokolwiek zrobić. Nie jest jednak z całą pewnością tak, że ledwo zaaplikujemy go na skórę, a już zasycha na beton i niczym go nie ruszymy.
Po rozprowadzeniu daje lekko mokre wykończenie, co zgodnie z tym co udało mi się wyczytać potwierdza jego beztłuszczową formułę. Na mojej skórze nie wygląda całkowicie matowo, wręcz pudrowo. Skóra nie świeci się, jednak wygląda zdrowo, ma lekki, aczkolwiek naturalny i nienachalny błysk. Jednak ja, jako fanka typowo matowego wykończenia oprószam skórę pudrem matującym. Tak "zagruntowany" podkład trzyma się na mojej skórze w nienaruszonym stanie przez około 4 do 5 godzin. Potem w strefie T pojawia się sebum. Po usunięciu go np. chusteczką higieniczną skóra znów jest matowa przez jakiś czas.
Krycie określiłabym jako średnie z możliwością stopniowania. Nie zakryje jednak dużych niedoskonałości. W tym przypadku potrzebny będzie korektor. Jednak z większością wyprysków i zaczerwienień radzi sobie doskonale. Niekiedy wchodzi w pory i podkreśla je, jednak wystarczy porządnie go wklepać w skórę, by tego uniknąć.
Podkład ten nie uczulił mnie. Nie wywołał wysypu niedoskonałości, nie zapchał. Może jednak wysuszać - u mnie są to okolice nosa oraz ust. Dobrze jednak współpracuje z kremami nawilżającymi, więc tą niedoskonałość jestem mu w stanie wybaczyć.


                                      Podsumowanie                                  


Z całą pewnością jest to jeden z najlepszych podkładów, jakich używałam.  Z racji, że w okresie letnim rzadko używam podkładu to w buteleczce jest go jeszcze dużo. Nie wiem natomiast, czy kupię go ponownie, kiedy się skończy. Dlaczego? Nadal w sieci niewiele opinii na temat nowej wersji z SPF20. Te, które zastały już zamieszone są tak skrajne, że ciężko o cokolwiek pewnego. Niektórzy twierdzą, że nowa wersja jest gęstsza, ma nieco inny odcień, jednak sprawuje się lepiej. Wg innych nowa konsystencja i zmiany w składzie wpłynęły negatywnie na jego jakość, znacząco ją pogarszając.
Nie zmienia to jednak faktu, że wersja z SPF6 to aktualnie mój ulubiony podkład.

Używałyście Revlon CS? A może macie już nową wersję?

Pozdrawiam, klamarta.

8/04/2013

30 dni z Mel B + boczki Tiffany - TYDZIEŃ PIERWSZY

Za mną pierwszy tydzień wyzwania. Zatem tak jak obiecałam - relacja, wrażenia, opinia.




Pierwszy trening, zapoznanie z ćwiczeniami wyszły jak najbardziej pozytywnie. Od razu polubiłam Mel i jej sposób prowadzenia treningu. Spotkałam się z opiniami, że trener nie powinien dawać po sobie znać zmęczenia, być opanowanym i profesjonalnym. Natomiast Mel w czasie ćwiczeń krzyczy, zachęca, motywuje, głośno się śmieje, żartuje, w jednej chwili woła, że nie ma już siły i "zaczyna się modlić", by zaraz motywować siebie, swoją ekipę oraz ćwiczących przed ekranami. Widać jednak z całą pewnością, że trening sprawia jej przyjemność, nie robi tego z przymusu. A co za tym idzie także ja mam ochotę pracować nad swoim ciałem i nie obijać się. Zdecydowanie wolę taką formę, aniżeli milczącego, poważnego trenera, który pracuje jak robot, jego twarz nie wyraża żadnych emocji i wydaje jedynie komendy jak kapral w wojsku.

Po sześciu dniach ćwiczeń mogę stwierdzić, że najtrudniejsze są dla mnie ćwiczenia nóg oraz, o dziwo, "boczki Tiffany". Oglądając wideo z treningiem Tif nie sądziłam, że tak się "zmacham" wykonując te wydawałoby się łatwiutkie i przyjemne krążenia, skłony itd. A tu taka niespodzianka. Po wtorkowym treningu odczułam dość boleśnie mięśnie nóg oraz właśnie boczki. W środę zakwasy nóg osiągnęły szczyt. Postanowiłam więc, mimo bólu dorzucić do treningu jeszcze trening cardio oraz ABS, także z Mel B. Jak miało boleć, to konkretnie! Trening cardio dorzuciłam także w piątek, a wczoraj prócz podstawowego zestawu zrobiłam także ABS.

ABS


CARDIO


Z dnia na dzień robienie poszczególnych ćwiczeń staje się łatwiejsze. Pierwszego i drugiego dnia większość mięśni drżała przy np. podnoszeniu nóg czy robieniu brzuszków. Z każdym kolejnym treningiem wszystko wychodzi łatwiej, płynniej.
Najprzyjemniejsze jest uczucie napięcia mięśni po treningu. Na razie nie zauważyłam zmian w wyglądzie mojego ciała. Mam wrażenie jakby w malusieńkim stopniu coś zaczęło dziać się z brzuchem, jednak to może moja wyobraźnia bardzo chce, aby rzeczywiście rozpoczął się proces rzeźbienia. A kto wie- może rzeczywiście mój "kaloryfer" już wybija się na wierzch? :)

Poza tym chyba nie potrafię się porządnie zmierzyć - za każdym razem wychodzi mi inny wynik. Nie zapisałam sobie, gdzie dokładnie wykonywałam pomiary i teraz robię to na oko. Tak wiem, pierdoła ze mnie. Z tego co udało mi się wywnioskować na razie bez zmian. Muszę jednak napisać, że mnie nie chodzi o zgubienie dokładnie takiej i takiej ilości centymetrów w biodrach, takiej w udzie, a takiej w talii. Chcę, aby moje ciało wyglądało lepiej, a ile centymetrów ubędzie ma dla mnie najmniejsze znaczenie.

Codzienny trening wszedł w nawyk i czasem już nie mogę się doczekać, kiedy odzyskam laptopa, włączę wideo i zacznę ćwiczyć. To dla mnie nowość - zazwyczaj po 2-3 dniach biegania, czy ćwiczeń nie miałam już takiego zapału jak na początku i przestawałam. Tym razem cały czas mam ochotę na więcej! Szkoda, że w sieci tak mało filmików z ćwiczeniami Mel, bo chętnie dorzuciłabym jeszcze parę do tych, które już wykonuję.



Tak mają się u mnie sprawy po tygodniu wyzwania. A co u Was? Dajecie radę? Macie ochotę na więcej i więcej?

Pozdrawiam, klamarta.

8/02/2013

To już rok!

Dokładnie rok temu zamieściłam pierwszy post na tym blogu. Nie byłam do końca przekonana, czy całe to przedsięwzięcie ma sens. Długo głowiłam się nad nickiem i nazwą bloga, jednak jak na złość nic błyskotliwego nie przychodziło mi do głowy. Stąd też najprostsza nazwa, jaka może zostać wymyślona - po prostu powielenie nicku. Z czasem do nagłówka dołączyłam drugą część i od tego momentu to miejsce funkcjonuje jako klamarta. blog . Natomiast nick jest połączeniem moich dwóch pierwszych imion Klaudia Marta.
Planowałam, że będzie to blog, którego tematyką główną będą kosmetyki, jednak pojawią się również tematy poboczne. I udało mi się, z czego jestem bardzo dumna. Od pierwszego posta blog rozwinął się. Patrząc na zdjęcia zamieszczane w początkowych miesiącach działania, muszę przyznać, jest mi wstyd. Ciemności egipskie, podpisy na pół zdjęcia. Nigdy więcej!
Także cały wygląd bloga mocno ewoluował. Dziesiątki godzin spędzonych nad kodem HTML, szukania wskazówek na forach i blogach z pomocą techniczną mam nadzieję, że przyniosły skutek i szata graficzna jest przyjemna dla oka. Oczywiście można by pokusić się o stwierdzenie, że zbyt prosto, przewidywalnie. Jednak taki jest mój styl, moje wyczucie, tak najzwyczajniej w świecie uważam za najlepiej. Nie znoszę przerostu grafiki nad treścią. Oczywiście wszystkie wskazówki jak najbardziej mile widziane!

I część najważniejsza, czyli Wy, moje czytelniczki. Dziękuję Wam wszystkim i każdej z osobna. Za każdy komentarz, za dołączenie do grona obserwatorów, za śledzenie na bloglovin'. Za to, że nie tworzę tego miejsca tylko dla siebie. Za to, że w ogóle jeszcze nad nim pracuję, bo wiem, że mam dla kogo. Posyłam do Was mocne uściski.




Gorąco witam wszystkie nowe czytelniczki. Zachęcam do wejścia w grono stałych bywalców i aktywnego komentowania. Rozgośćcie się!

Kończąc życzę sobie i Wam, abyśmy przy podobnym poście spotkały się za rok, w dzień drugich urodzin bloga klamarta. blog.

Pozdrawiam, klamarta.